wtorek, 18 października 2016

Harpagan – Ekstremalny Rajd na Orientację.



Mięśnie nóg zaczynają mnie palić. Płucom brakuje powietrza. Kurczowo trzymam się grip’ów, przerzucając jednocześnie przerzutki góra-dół. Podjazd, redukcja przełożeń, za chwilę zjazd i szukanie twardych przełożeń. W łeb biorą podstawowe zasady jazdy m.in. by nie zmieniać biegów w czasie, gdy bardzo mocno naciskasz na pedały. Ja cisnę na podjeździe i wyszukuje optymalnego przełożenia.A co tam. Twardym trzeba być, nie miękkim.

Harpagan organizowany jest dwa razy w roku. Na wiosnę i jesień. Celem jest sprawdzenie granic wytrzymałości fizycznej i psychicznej startujących osób. Zawody są tak pomyślane, aby tylko niewielu startujących było w stanie pokonać trasę w wyznaczonym limicie czasu. Do chwili ich rozpoczęcia znany jest tylko punkt startu. W trakcie trwania zawodów nie można korzystać z żadnej pomocy. Jedyne co masz to kompas i mapa, którą otrzymujesz zaraz na starcie. 

Początkowo Harpagan był imprezą dla pieszych. W 1995r dodano po raz pierwszy konkurencje dla rowerzystów. Z czasem ilość tras zaczeła rosnąć. My wybraliśmy trasę rowerową TR50.  Zgodnie z regulaminem, musieliśmy zaliczyć 10 pkt kontrolnych na dystansie 50 km w maksymalnym czasie 6 godzin. Kolejność ich zaliczenia jest dowolna. Długość trasy jest umowna i tak naprawdę mało komu udaje się ją ukończyć w założonym dystansie.

Wybór trasy w naszym wypadku podyktowany był dwoma czynnikami:
 1.Chcieliśmy spróbować czegoś innego. Do tej pory startowaliśmy trzy razy na trasie pieszej (TP50).
2. Byliśmy w życiowej formie po urlopie rowerowym(ale to materiał na inną historię) a to nie mogło się zmarnować :D

PRZYGOTOWANIE
Grunt to lekkie rowery. Jedyne co wzięliśmy do butelka wody i po dwa batony energetyczne. Żadnych zbędnych akcesoriów(plecaków, sakw). W moim rowerze błotniki zostały zdjęte, bo zgodnie z prognozą pogody nie miało padać.
Niezbędną rzeczą jest mapnik rowerowy. Sztywny aby mapa wielkości kartki A4 była widoczna niezależnie od warunków pogodowych. Można zrobić go samemu. Kamila do tego wykorzystała Deskę Klip A4, którą przytwierdziła do kierownicy.

 Na godzinę przed startem zjedliśmy (przygotowaną wcześniej) owsiankę licząc, że da nam energie na całą drogę. W końcu całość nie ma trwać dłużej niż 6h.
Najgorzej było z ubraniem. O 8.00 rano termometr pokazywał 3°C. W ciągu dnia maksymalna temperatura nie miała przekroczyć 8 °C. Do tego silnie wiejący wiatr i mgła. Przeszło mi wtedy przez myśl pytanie, ile osób zdecydowało się zostać w łóżku. Przy starcie mieliśmy po trzy warstwy ubrań( ja byłem ubrany w dwa polary).

START
Najważniejszym momentem podczas całego rajdu jest te pierwsze kilka minut od momentu otrzymania mapy. Odpowiednie wytyczenie trasy zaważyć może na całym jego przebiegu. Jaką strategie przyjmiesz. Czy najpierw zaliczysz najdalsze punkty, a może zaczniesz od tych na południe od miejsca startu. Pierwsze minuty nie przypominają typowego startu w wyścigu bo tu nikt nie rusza po gwizdku. Wszyscy stoją lub klęczą i analizują otrzymaną mapę. Zakreślamy flamastrem wariant dla nas najkorzystniejszy(czyli pętlę zaczynającą się na północ od miasta) i ruszamy w drogę.

NA TRASIE
Pierwsze trzy pkt pokonujemy błyskawicznym tempem. Widok innych zawodników tylko nas motywuje, a korzystanie z asfaltowych odcinków dróg pozwala mocno zaoszczędzić czas(który tracimy w lesie).
Z czasem stawka się rozciągnęła. Ktoś zawsze zabłądzi, ktoś jedzie innym tempem, albo po prostu wybiera inną drogę. Dowolność zaliczania punktów powoduje, że często nie widać zawodników z którymi konkurujesz. Ktoś może mieć tyle samo zaliczonych punktów co ty, ale robić je w innej kolejności. W połowie rajdu mijaliśmy rowerzystów jadących w przeciwnym kierunku co wyglądało komicznie jak się obserwowało co poniektórych zdziwione miny. 

META
Dojazd na metę był najbardziej zaciętym fragmentem na całej trasie. Na ostatniej prostej pojawiła się grupa rowerzystów, jadących z innego punktu. Szybkie spojrzenia i jazda zamieniła się w sprint. Rywalizacja była do ostatniej sekundy. 

PODSUMOWANIE
Ostatecznie zajęliśmy 26 i 28 miejsce na 130 zawodników. Dystans jaki przejechaliśmy wyniósł 62,5 km, czyli Tylko! niecałe 13 km więcej od tego założonego przez projektanta trasy. Trasę przejechaliśmy w 4 godziny i 37 minut i od osoby na pierwszej pozycji byliśmy gorsi tylko o 37 minut.Cała trasa dostarczyła nam dużo wrażeń.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Dookoła jezior Wdzydzkich





Łączny dystans: 69 km

Weekend. Sobota. Na zewnątrz pogoda w kratkę(typowa bardziej dla okresu jesieni). Ciepło, ale momentami deszczowo. Jakby pogoda nie mogła się zdecydować. Siedzę w domu i wysłuchuję jak w TV jakis jegomość prognozuje od niedzieli rozpogodzenie zapowiadające ciepłe dni. Idealny czas aby wyjechać za miasto. Możliwości jest dużo. Trzeba tylko ruszyć cztery litery i dwa koła.

Odpalam komputer i zerkam w Google Maps na Trójmiasto i okolice. Wszędzie znajome ścieżki średnio nadające się na całodniową wycieczkę rowerową. Oddalam mapę szukając nowych terenów. Czegoś gdzie jeszcze nie byliśmy. Mój wzrok zatrzymuje się na Kościerzynie i znajdującym się nieopodal Wdzydzkim Parku Krajobrazowy. Krótka narada z Kamilą i wszystko już ustalone. 

Bezpośrednim pociągiem o 8:40 rano z Gdyni Głównej ruszamy w kierunku Kościerzyny. Podróż trwa 1h i 20m. Idealny czas na dodatkową drzemkę. 

Kościerzyna wita nas typową dla ostatnich dni pogodą. Temperatura w okolicy 12 st.C i mocno wiejący wiatr (idealny na żagle ;-)  ). Pierwsze kroki z nawigacją zaczynamy od znalezienia miejsca z ciepłą kawą i herbatą. Tak mija pierwsza godzina naszej intensywnej wycieczki rowerowej. Siedząc przy stoliku delektujemy się ciastkiem, które popijamy ciepłym napojem. Jednocześnie obserwujemy elegancko ubranych ludzi udających się do kościoła. W naszych głowach kłębią się myśli typu: czemu nie zabrałem(am) długich spodni.

W dalszą drogę ruszamy przed 12.00. Pierwszy odcinek od dworca PKP do wsi Juszki pokonujemy szlakiem niebieskim. Zgodnie z zapowiedziami pogoda zaczyna się poprawiać. Do przejechania mamy łącznie ok. 60 km. Trasy są dobrze oznaczone więc jedynym zadaniem GPS na tym etapie jest rejestrowanie całego przejazdu.

Co tu dużo pisać. Trasa jest naprawdę malownicza. Wiedzie przez prawie same lasy wzdłuż wielu zbiorników wodnych. Co jaki czas mijamy grupki innych rowerzystów. Wiatr nie jest też tu tak odczuwalny jak na otwartych przestrzeniach. Zjechanie z szlaku niebieskiego na zielony przebiega gładko. Pierwszą połowę trasy pokonujemy tempem turysty z kilkoma postojami po drodze. Przejazd do wsi Borsk na południu jeziora Wdzydze mija przyjemnie. Tutaj trasa odbija i wiedzie polnymi drogami z dala od jezior. Jest to miłe urozmaicenie, tym bardziej, że słońce zaczyna wygrywać walkę z chmurami i przyjemnie grzać. Jazda na otwartej przestrzeni w promieniach słonecznych jest naprawdę przyjemna. 
Dochodzi godzina 16.00 kiedy mijamy wieś Wiele znajdującą się w połowie trasy. Zdajemy sobie wtedy sprawę, że do ostatniego powrotnego pociągu o godzinie 20.23 pozostały nam 4 godziny i w tym tępie nie zdążymy dojechać. Drugą połowę trasy pokonujemy więc w zawrotnym czasie niecałych 3 godzin z obowiązkowym postojem na kąpiel w krystalicznie czystym jeziorze. Zataczamy pełną pętlę wokół jezior i wracamy tym samym niebieskim szlakiem do Kościerzyny. 

Podsumowanie. 

Wyjazd pociągiem o 8.40 z Gdyni i powrót ostatnim z Kościerzyny o 20.24 pozwala bezstresowo objechać cały park. My na koniec tak się śpieszyliśmy, że mieliśmy 1,5 godziny zapasu w Kościerzynie. 
W obie strony jedzie się szynobusem. Miejsca na rowery były(specjalne haki). Bilety można było kupić u maszynisty.
W dwóch ośrodkach wczasowych, które mijaliśmy w parku widać było restauracje, więc można tam zjeść.
Niebieski szlak idzie w Kościerzynie wzdłuż głównej drogi niedaleko rynku i licznych sklepów.  Po przejechaniu ok. 10 km (w wsi Juszki) łączy się z zielonym szlakiem, który pozwala objechać cały krzyż jezior Wdzydzkich.
Prowiant na cały dzień kupiliśmy na miejscu. Na rynku są dwa bary mleczne, więc można niedrogo zjeść.
Mapa ponizej
http://www.alltrails.com/explore/recording/dookola-jezior-wdzydzkich 

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rowerem przez Bory Tucholskie





Bory Tucholskie - 3 tys km2 sandru rzek Brdy i Wdy oraz Równiny Tucholskiej i Charzykowskiej. Jeden z największych kompleksów leśnych z zachowanymi fragmentami pierwotnej puszczy oraz mnóstwem jezior i oczek wodnych. A w tym wszystkim nasza dwójka (Krzysiek i Kamila) z rowerami, namiotem i prowiantem na dwa dni.   

Przygodę zaczęliśmy we wsi Swornegacie (położonej nad rzeką Brdą i jeziorem Karsińskim). Nazwa wsi wzięła się od dwóch wyrazów: swora, czyli warkocz pleciony z korzeni, wykorzystywany do umacniania, czyli gacenia brzegów (gacy) jezior i rzek przez mieszkańców. Pierwsza wzmianka o wsi pochodzi już z 1272 roku. Obecnie jest ona popularna głównie za sprawą spływów kajakowych, które zaczynają się lub kończą w niej bieg. 

Zaparkowaliśmy samochodem w samym jej sercu i zaczęliśmy przygotowania. Pierwszym krokiem było kupno mapy Borów Tucholskich w pobliskim sklepie. Po kilku minutach jej studiowania okazało się że cały teren obfituje w dużą ilość szlaków rowerowych i pieszych. My za cel obraliśmy Park Narodowy „Bory Tucholskie”. Mieliśmy na to niecałe dwa dni. 

Spakowaliśmy się i ruszyliśmy szlakiem rowerowym wzdłuż jeziora Karasińskiego w kierunku Małych Swornychgaci. Tam odbiliśmy w kierunku jeziora Ostrowitego, które jest największym i najgłębszym jeziorem w parku narodowym. Należy ono do Strugi Siedmiu Jezior, czyli niewielkiej rzeki (13,9 km) łączącej osiem jezior rynnowych. Minęliśmy ostatnie zabudowania i wjechaliśmy do Parku Narodowego Bory Tucholskie. Szlak głównie biegł leśnymi duktami. Po drodze mijaliśmy ostatnich rowerzystów którzy spiesznie wracali przed zachodem słońca. Dochodziła 20.00, nastawał zmierzch. Dwa albo trzy razy drogę przecięły nam spłoszone sarny. Byliśmy sami. Pamiętam jak dziadek opowiadał mi jak byłem mały ze las ten jest stary, ciemny i przerażająco cichy. Coś w tych opowieściach było. Jedyne odgłosy jakie się dało słyszeć podczas jazdy to sporadyczne uderzenia przytrokowanego do roweru namiotu i pluskanie podbijanej na korzeniach wody w 2 l butelce, która wzięliśmy na wszelki wypadek. W okolicach jeziora Jeleń zrobiliśmy krótki postój aby na chwilę wsłuchać się w otaczającą nas ciszę. Oprócz dzięcioła, który najwyraźniej nie mógł zasnąć i stukał gdzieś w dali, nic nie było słychać. Nawet wiatr ustał. Było idealnie cicho. Robiliśmy się już senni i zmęczeni.

Widok z namiotu
Znalezienie miejsca na nocleg zajęło nam dobrą godzinę. Z pomocą przyszła tu zakupiona wcześniej mapa. Staraliśmy się unikać terenów objętych ochroną a na niej wszystko świetnie było zaznaczone. Miejsce okazało się bardzo urokliwe, z widokiem na jezioro. Byliśmy też tam sami, z dala od  cywilizacji. Zapowiadane deszcze ciągle nas omijały więc mogliśmy w spokoju rozłożyć namiot i zjeść ciepły posiłek.  
Noc minęła szybko. Pobudkę mieliśmy ok  6.00 rano. Po wyjściu z namiotu przywitało nas wschodzące między drzewami słonce oraz widok jeziora otulonego lekką mgiełką. Niebo było częściowo zachmurzone a powietrze chłodne. Spakowaliśmy się , zjedliśmy śniadanie popijając ciepłym Gorącym Kubkiem i ruszyliśmy w drogę. Mieliśmy cały dzień przed nami więc nigdzie się nie spieszyliśmy. 

Na początku dnia postanowiliśmy zrobić pętlę wokół jeziora Ostrowite. Mniej więcej w połowie drogi nieopodal osady Józefowo pogoda zaczęła się na tyle poprawiać, że zrobiliśmy postój nad samym jeziorem. Idealnym miejscem okazał się szeroki pomost z przycumowanymi do niego łódkami. Pół godzinna sjesta w słońcu z widokiem na jezioro pozwoliła nam naładować baterie przed dalszą jazdą. 

Naszym celem na ten dzień była wieś borowiacka Rytel oraz zapora Mylof na rzece Brda. Trasa była urokliwa a większa jej część biegła mało uczęszczanymi leśnymi duktami. Do Rytla dojechaliśmy kolo godz 15.00. Wieś tą zamieszkają po dziś dzień głównie Borowiacy Tucholscy, grupa etnograficzną pochodzenia kaszubskiego zamieszkującą północno-środkową część Borów Tucholskich. Borowiacy jak i innej grupy etnograficzne tego regionu oparli się silnej germanizacji pomorza w XVIII i XIX w. Nadal uprawiane jest, powszechne tu niegdyś koszykarstwo.

Po krótkim zwiedzaniu Rytla ryszyliśmy  5 km odcinkiem wzdłuż kanału na rzece Brda w kierunku zapory Mylof. Wiedzieliśmy ze miejsce te słynie z hodowli pstrąga tęczowego i restauracji w której można go skosztować( tak naprawdę nic więcej tam nie ma). Byliśmy głodni wiec odcinek ten pokonaliśmy w dość szybkim czasie. Zajęliśmy stolik i zamówiliśmy po pstrągu z dodatkami. Czekając na dania wyjęliśmy mapę i zaplanowaliśmy drogę powrotną. Trasę pomiędzy Mylofem a Męcikałem uznaliśmy ze pokonamy niebieskim szlakiem rowerowym. Następnie za Męcikałem chcieliśmy wjechać w las i szlakiem niebieskim pieszym wzdłuż jeziora Dybrzk dojechać do Drzewicza a potem do Swornychgaci. Taki przy najmniej był plan. 

Po zjedzeniu posiłku wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy w drogę. Już po przejechaniu pierwszych kilkuset metrów zrozumieliśmy że odcinek do Męcikału lepiej będzie pokonać drogą asfaltową aby trochę zyskać na czasie. Robiło się późno a my mieliśmy ciągle sporo drogi przed nami. Po godzinie dojechaliśmy do wsi Męcikał. Wieś powstała w miejscu średniowiecznej karczmy założonej przy brodzie na Brdzie. Oficialnie uważa się że nazwa wsi wzięła się od mącenia wody przy przekraczaniu rzeki. Jednak miejscowi opowiadają że pochodzi ona od Napoleona który przechodził tędy wraz z wojskami przez stare bagno a że ciężko im się szło to mówiło się „ale Męci Kał” czyli: że ich męczy( kał mówiło się kiedyś na błoto lub bagno).

Odcinek pomiędzy Męcikałem a Drzewiczem mieliśmy pokonać szlakiem pieszym ale nie udało się. Liczne przeszkody na drodze (kilka ogrodzeń przez które trzeba było przenosić rowery) plus ścieżka która co chwile znikała mocno nam utrudniały jazdę. Poza tym biegła ona wzdłuż linii brzegowej jeziora i w pewnym momencie ziemia pod nogami zrobiła się zbyt grząska na dalszą jazdę. Z pomocą przyszedł GPS. Znależlismy trasę która szła głębiej w lesie ale w tym samym kierunku co my. Mniej więcej w połowie drogi do Drzewicza zatrzymaliśmy się na chwilę na wielkim polu jagód i czerwonych borówek. Krótki postój ostatecznie zakończył się na zebraniu siatki borówek i dużej menażki jagód. Można było zebrać więcej ale nie mieliśmy na to czasu i po godzinie ruszyliśmy dalej. Koło godziny 18.00 dotarliśmy do Drzewicza. Stamtąd była już prosta droga do Swornychgaci. Cały odcinek biegł wzdłuż drogi przygotowaną ścieżką rowerową. Na miejsce zajechaliśmy po 18.00. Podjechaliśmy pod samochód, spakowaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną do Trójmiasta.  

Podczas całego wypadu, pogodę mieliśmy udaną. Nie spadła nawet kropla deszczu( pomimo tego co podawano na portalach meteo). Na pewno tam jeszcze wrócimy. Dwa dni to stanowczo za mało na zwiedzenie całych  Borów Tucholskich. My zdołaliśmy zobaczyć  tylko niewielką ich część i ciągle pozostało sporo do odkrycia. Łącznie zrobiliśmy dystans 75 km.

piątek, 8 sierpnia 2014

Selfie z Kamienną Twarzą


Selfie to ostatnimi czasy popularna metoda na lans własnej osoby: z dzióbkiem czy bez (jednak częściej „z”), w windzie, na plaży, czy na gali Oscarów. Trochę wbrew sobie, postanowiłem i ja skorzystać z tego środka, zapraszając do współpracy legendę Lasów Oliwskich – Kamienną Twarz (by to właśnie ją wylansować, bynajmniej nie siebie (tym razem :))).
Dla niezorientowanych krótkie wyjaśnienie: Kamienna Twarz do głaz narzutowy bardziej lub mniej przedstawiający ludzkie oblicze, przy czym nie ma pewności czy to dzieło człowieka (być może również obiekt pogańskich modłów w dawnych czasach) czy zwykły wytwór matki natury. Chodzą słuchy, że ten niezwykły kamień wędruje po lasach, a jak już ktoś go odnajdzie, to nigdy dwa razy w tym samym miejscu...Podjąłem więc wyzwanie odnalezienia głazu mając w miarę dokładne namiary jego ostatniego położenia.
Bujanie się rowerem po oliwskich lasach to bajka, wie to każdy, kto choć raz pokonywał tamte wzniesienia czy przemierzał skąpane w sierpniowym słońcu polany. Pierwszy etap poszukiwań przebiegał więc bez zarzutu i w sielskiej atmosferze, z łatwością odnajdywałem miejsca, o których pisali moi poprzednicy.
Problemy zaczęły się u kresu podróży - trafiłem do wąskiej kotlinki, z której za Chiny nie mogłem się wydostać.  Czyżby działała tu jakaś klątwa Kamiennej Twarzy ? Mój zmarnowany rower zostawiłem gdzieś na zboczu, a sam krążyłem, szukałem z mapą i bez, góra, dół (podejście było dość strome), lewo, prawo. Nogi grzęzły w liściach, a czające się wokół spróchniałe drzewa padały jak ustrzelone kaczki tu i ówdzie. I kiedy już zrezygnowany i żyw ledwo, po dobrej godzinie błądzenia odpuściłem, schodząc ze wzniesienia natknąłem się na ów słynny Kamień. No i co ? Nie zastanawiając się długo pstryknąłem selfie z głupią miną, ale bez dzióbka (i jeszcze rower się załapał), cały czas obawiając się, że Twarz dostanie nóg i za chwilę znowu gdzieś wywędruje...
Obiecałem sobie, że tę wycieczkę powtórzę jeszcze raz, za jakiś czas. Czy zastanę Kamienną Twarz w tym samym miejscu co dzisiaj ?



czwartek, 17 października 2013

W okolicach Stawowia, czyli podróż rowerem w epokę żelaza

Ryzykownym ślizgiem po jesiennych liściach dostaliśmy się w okolice oliwskiego Pachołka. Trasa dobrze znana i oklepana, ale wciąż ile radości na zakrętach i leśnych serpentynach ! Powrót planowany był już w bardziej cywilizowany sposób, "miastem", z cichą nadzieją na spędzenie błogich chwil w pięknych okolicznościach przyrody w samym sercu trójmiejskiej metropolii.Tyle razy mijałem to miejsce na granicy Gdańska i Sopotu, nie zdając sobie sprawy z jego arcydługiej, wielowiekowej i bogatej historii.
Stawowie to liczący 8 ha przepiękny park wraz ze stawami, fontanną i pałacykiem, położony przy Al. Niepodległości 618. Znajduje się tu unikalna kolekcja drzew, których wiek przekracza 150 lat, a pałac wpisany jest do rejestru zabytków. Jak wykazały badania archeologiczne obszar ten zamieszkały był przez ludy kultury pomorskiej już w epoce żelaza - wskazują na to odkryte na tych terenach tzw. groby skrzynkowe z urnami twarzowymi. Z XII wiecznych dokumentów wiadomo, że mieściła się tu niewielka osada o nazwie Stanowe, potem obszar ten był własnością Zakonu Cystersów. Na terenie parku stała gospoda i bardzo popularny zajazd wraz ze strzelnicą (jej pozostałości zachowały się do dzisiaj), tętniło w najlepsze życie towarzyskie. Posiadłość w dzisiejszym kształcie powstała w 1856 roku, zbudowano pałacyk z wieżą widokową, założono stawy i fontannę.
Później funkcjonował na tym obszarze dom dziecka oraz szpital, a do niedawna teren stanowił własność pomorskiego samorządu. W porośniętym dziką trawą parku można ponoć natknąć się jeszcze na ruiny kapliczki czy studni, jedynie białe mostki widać doskonale z daleka. Bo my tylko tak mogliśmy podziwiać ten zabytkowy kompleks - "zza płota". Teren jest chroniony (-"Panie, wpuść Pan", -"Nie da rady"), także musieliśmy zadowolić się fotami oddawanymi ze znacznej odległości (co zapewne wpłynęło na ich wątpliwą jakość), nie decydując się na nielegalne przekroczenie granicy (choć pomysł się pojawił, ale.. my już poważne człowieki, a przynajmniej za takich się uważamy..).


Od lat prowadzona jest kampania, mająca na celu ocalenie Stawowia, które przez wiele lat zaniedbywane, popadało w ruinę. Od 2008 roku park stanowi własność prywatną i jak zapewnia obecny właściciel, dawny charakter tego miejsca zostanie zachowany. Pozostaje trzymać kciuki, aby tak się stało.

Zainteresowanych odsyłam na stronę www.stawowie.pl, z której m.in. korzystałem podczas pisania niniejszego postu.

niedziela, 6 października 2013

Nocny wypad rowerowy do Bieszkowic


Wieczór tego dnia pozornie nie wróżył niczego niezwykłego. Jak co dzień, za oknami zapadał zmrok a napływające zimne powietrze po zmroku trochę zniechęcało do wychodzenia na zewnątrz.
Plan na ten wieczór miałem prosty. Położyć się wcześniej do łóżka i wyspać.
Jeden telefon zmienił wszystko.

 W trzy osoby (ja, Arek i Piotrek) postanowiliśmy wybrać się na dość spontaniczny wypad rowery po trójmiejskich lasach.
Dopompowaliśmy opony, zamontowaliśmy oświetlenie i o 20.30 ruszyliśmy przed siebie.

Trasa zaczęła się od dobrej rozgrzewki czyli podjazdu z centrum Gdyni na Witomino. Po monotonnej pół godzinnej jeździe dotarliśmy do ul.Sosnowej, gdzie odbiliśmy do lasu w kierunku Bieszkowic.
Trzy oświetlone rowery, pusta leśna droga i raz po raz przebiegające przez nią zwierzęta pozostawiające nas po chwili sam na sam z nocą. Mocne oświetlenie rowerowe w połączeniu z rozłożystymi gałęziami drzew tworzyło niesamowity spektakl kukiełkowy. Na mijanych raz po raz polankach wstawały, białawe, przejrzyste, lewo widzialne mgły. Czołgając się smugami, kłębami okręcały się dokoła zarośli. Zimny powiew wilgoci miesił nas swymi mackami, aby dalej tłuc się po dnie polan w oczekiwaniu na kolejnych niczego nie spodziewających się przybyszów.

Do Bieszkowic zajechaliśmy około 23.00. Krótka przerwa nad pobliskim jeziorem Zawiad dostarczyła niesamowitych wrażeń. Niebo na jeziorem pełne było gwiazd, z górującą na nami wstęgą drogi Mlecznej. W ciemnym jeziorze księżyc lekko falował. Raz po raz niebo przecinała spadająca gwiazda. Postój trwał ok 20 min. Krótka regeneracja sił i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Po 20 km jazdy przez las dojechaliśmy do Łężyc i zaczęliśmy powoli kierować się w stronę Rumii. Powietrze  roiło się od odgłosów świerszczy zamieszkujących pobliskie przydrożne pola . W połączeniu z gwiazdami, równym asfaltem i przyjemnym delikatnym wiatrem dawało to idealne warunki do jazdy rowerem.  

Sam przejazd z Rumii do Gdyni był już tylko formalnością. Była północ a miasto powoli kładło się do snu. Na ulicach zamierał ruch a światła na wystawach sklepowych już pogasły. Wokół nas była cisza. Jedynie lekki nocny wiatr mknął wraz z nami wąskimi chodnikami.
Droga powrotna zajęła nam ok. godziny czasu zaś cały wypad zakończył się o 1.00 w nocy.

Łącznie przejechaliśmy 50 km.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

"Szlakiem wisielców" na Górę Szubieniczną

Plany na tą sobotę zapowiadały się wybornie, lajtowa przejażdżka do Bieszkowic, orzeźwiające kąpiele w tamtejszych jeziorach, może jakieś ognicho po drodze, a już na pewno piknik na trawce. Ale pogoda nie byłaby sobą, gdyby się nie popsuła na weekend... Ulewa i ciemne chmury nad Trójmiastem uaktywniły wiec nastroje pesymistyczne, posępne, wisielcze. No a wtedy, wiadomo już było, gdzie się udać.

Ścieżkami rowerowymi dotarliśmy do ul. Traugutta za Politechniką Gdańską, a stamtąd mijając prawosławną Cerkwie Św. Mikołaja Cudotwórcy, do parku u podnóża Góry Szubienicznej.
Stromą, pieszą wspinaczkę na wysokość 55 m. n.p.m. rozpoczęliśmy wąska ścieżką tuz przy stadionie Lechii. Szliśmy wiec po śladach tych wszystkich łotrów-nieszczęśników, którzy już za chwilę, parę metrów wyżej mieli luźno dyndać na grubym sznurze, w rytm ponurych dźwięków dzwonu z pobliskiego Ratusza.
Ów "szlak wisielców", jak go roboczo nazwałem na potrzeby niniejszego wpisu, brał swój początek na Dworze Artusa, będącego niegdyś siedzibą sądu karnego. Stamtąd głównymi ulicami miasta, ku uciesze okolicznych mieszkańców (a była to nie lada atrakcja w tych dawnych czasach),  skazaniec wyruszał w swoją ostatnia podróż na tym ziemskim łez padole.
Szubienicę, okazałą, murowana budowlę w kształcie czworokąta wzniesiono w 1529 roku. Była doskonale widoczna dla przybywających do Gdańska gości, subtelnie przypominając o stosownym zachowywaniu się podczas wizyty w mieście. Zdemontowano ją w 1804 roku, ale Góra przez wiele lat była jeszcze miejscem kaźni okolicznych rzezimieszków - ostania głowę ścięto tu toporem w 1838 roku.
W okresie międzywojennym powstał na wzniesieniu urnowy cmentarz krematoryjny, a jego właściwa, główna cześć mieściła się u podnóża Góry, na terenie obecnego parku. Samo Krematorium, czynne w latach 1914-1945, pierwsze takie w Polsce, znajdowało się w budynku dzisiejszej Cerkwi. Płyty nagrobne z Góry Szubienicznej popadają niestety w ruinę, będąc łakomym kąskiem dla amatorów bezsensownego dewastowania zabytkowych nekropolii...
Samą trasę nazwałbym mocno turystyczną, leniwą, bo i gdzie w takich warunkach dusić w te dwa biedne  koła ? Ot, takie ciekawe "poznaj ciemną stronę swojej okolicy".

Galeria