czwartek, 28 lipca 2011

"Hop, hop, hop szklankę piwa..."


Słowa z utworu Marka Grechuty dla fanów dwóch kółek mogą mieć zastosowanie, gdy przyjrzymy się badaniom hiszpańskich naukowców, które wykazały, iż po dużym wysiłku piwko nawadnia lepiej niż woda. Złocisty napój (a raczej jego ciemniejsza odmiana) zawiera antyoksydanty (przeciwutleniacze), które podobno regenerują organizm, wzmacniają i odbudowują mięśnie. Cóż, niech każdy wypróbuje na sobie, byleby rzeczywiście po wysiłku, a nie przed.... Polskie wybrzeże ma się czym pochwalić jeśli o chmielową piankę chodzi. Niegdyś Gdańsk był krainą piwem płynącą - w XVI wieku działało w mieście ok. 400 browarów. Sławę na całą Europę uzyskało piwo jopejskie - gdański przysmak o ciemnej barwie, ponoć mocny jak diabli, gęsty i słodki (przez to trudny do picia, stanowiący raczej dodatek do słabszych piw i wzmacniający ich smak). Jopenbier upodobali sobie szczególnie Anglicy - w trawie (chmielu) piszczy, że gdańskie piwo było składnikiem ichnich porterów (ot, spryciarze !).
Najsłynniejszym wytwórcą piwa jopejskiego był Jan Heweliusz, browarnik z dziada pradziada, wybitny astronom, którego 400 rocznicę urodzin obchodzimy w tym roku. Oryginalna receptura tego trunku zaginęła jednak na początku XVIII w. i próba jej późniejszego odtworzenia niestety się nie powiodła. Słynny smak i niepowtarzalny aromat piwa jopejskiego przepadł więc bezpowrotnie... Podczas swojej wyprawy po Gdańsku odwiedziłem dwa miejsca związane niegdyś z produkcją złotego trunku.
Pierwszy z nich to zakład piwowarski we Wrzeszczu, przy ul. Kilińskiego, którego początki sięgają XVIII wieku. Browar najpierw był drewniany, by następnie za sprawą spółki Danziger Aktien-Bierbrauerei (DAB), przeistoczyć się w nowoczesny zakład produkujący 60 000 hektolitrów trunku rocznie. Po wojnie browar upaństwowiono, a po 1989 roku sprywatyzowano (produkowano tam m.in. Heweliusa, Gdańskie czy Speciala). Obecnie teren browaru jest w rękach prywatnego przedsiębiorcy, o czym miałem (nie)przyjemność się przekonać podczas próby zrobienia paru fotek (z willą dyrektora zakładu z 1914 r.i magazynem się udało, z budynkiem dyrekcyjnym z 1937 wraz z pamiątkową tablicą już niestety nie).
Należy jednak zaznaczyć, że o teren dawnego browaru w tym przypadku się dba, czego nie można powiedzieć o ruinie przy ul. Starowiślnej 2 w Nowym Porcie. To dawny dworek browarnika i filantropa Richarda Fischera (1818-1888), w którym mieściły się piwnice jednego z 3 zakładów piwnych jego rodziny - Bierbrauerei Richard Fischer. Zakład wytwarzający do 50 000 hektolitrów trunków rocznie, także likierów, eksportował swoje wyroby do krajów skandynawskich, Holandii, Belgii i Anglii.
Z zabudowań browaru Fischera, działającego w latach 1708-1945 już nic dzisiaj nie zostało (zdjęcie po prawej przedstawia czasy jego świetności) a wspomniana wyżej siedziba właściciela to obecnie obraz nędzy i rozpaczy. Czemu nikt z miejskich decydentów nie uchroni tego zabytkowego i, mimo wszystko, urokliwego obiektu przed dewastacją ?
Choć sam do wielkich smakoszy piwa nie należę, to chętnie zakosztowałbym trunku na bazie starej, gdańskiej receptury. Za Mistrza Heweliusza, aby pamięć o Nim wieczna była !

Galeria

poniedziałek, 4 lipca 2011

Łebska wyprawa


Pogoda była w sam raz na rower( nie za ciepło, ale słonecznie). Trasa, jaką mieliśmy do pokonania nie była zbyt trudna ani zbyt łatwa. Wiodła głównie udeptanymi lub asfaltowymi drogami przez malownicze bezdroża i lasy. Jedynym utrudnieniem był dość stromy podjazd za Nową Wsią Lęborską i dystans do pokonania, który w obie strony wynosił w ok.80 km. Ale i na to było rozwiązanie. Wystarczyło dojechać do Łeby i wrócić pociągiem.
 Z pod dworca PKP w Lęborku wyruszyliśmy w tradycyjnym już składzie(łącznie 4 osoby) i skierowaliśmy się bocznymi drogami w kierunku wsi Janowice. Droga, jaka wytyczyłem na tym odcinku zgodnie z tym, co pokazywał GPS miała być prosta, płaska z jednym stromym podjazdem. Co do podjazdu to był faktycznie stromy, ale najlepsze (czego nie pokazywał GPS) zaczynało się za nim.
Po przejechaniu 3,2 km dojechaliśmy do zielonej ściany porastającej nieużywany już odcinek polnej drogi. Po krótkiej ocenie sytuacji stwierdziliśmy, że droga nie nadaje się nawet do przeprowadzenia rowerów a w okolicy nie ma żadnego objazdu. Nie mając dużego wyjścia( i korzystając z bogatego już doświadczenia) ruszyliśmy wzdłuż felernego odcinka polem(to chyba było pole pszenicy, ale głowy uciąć nie dam).  Jechaliśmy dobry kilometr po pas w zbożu, po drodze mijając grupę ukrytych w nim saren( nie wiem, kto bardziej się przestraszył one czy ja, kiedy się zerwały do ucieczki metr ode mnie). Po dojechaniu do końca ujrzeliśmy kolejne identyczne pole z jeszcze gorszymi warunkami do jazdy, więc postanowiliśmy wrócić na zarośniętą drogę. Droga jednak w dalszym ciągu nie nadawała się do jazdy. Wiedzieliśmy jednak, że do najbliższej drogi asfaltowej mamy tylko 500 metrów tak więc tym razem pojechaliśmy wzdłuż jej lewego boku przez pole kukurydzy. W tym miejscu jako ekspert w jeździe rowerem po polach pragnę podzielić się paroma spostrzeżeniami. Najlepiej jeździ się po polu zboża, bo ziemia jest twarda a kłosy miękkie a najgorzej przez pole ziemniaków, bo ziemia jest zbyt grząska i nierówna(kopczyki).
Wracając jednak do trasy… Po dojechaniu do drogi asfaltowej wszyscy odetchnęli z ulgą. Po krótkich oględzinach stwierdziłem, że w tylnej przerzutce mam wplecione jakieś pojedyncze kłosy a na nogach kilka niewielkich zadrapań. Nie było więc źle.
Dalsza część drogi przez Janowice aż do wsi Gęś była spokojna i nie obfitowała w żadne większe niespodzianki. Po przejechaniu wsi natrafiliśmy jedynie na płot nowo postawionej posesji( mapa w GPS była darmowa ) a jedyny przejazd był na przełaj przez czyjeś łąki z pasącymi się na nich krowami. Po szybkiej naradzie odpuściliśmy sobie i odcinek do wsi Wicko postanowiliśmy pojechać główną drogą 214(była to dobra okazja do nadrobienia straconego na polach czasu). W samej wsi Wicko postanowiliśmy powrócić na wcześnie wytyczony szlak kierując się w stronę Krakulic mniej uczęszczanymi drogami. Po drodze zrobiliśmy też nasz pierwszy dłuższy postój przy płynącym nieopodal nas strumieniu i ciągnących się po horyzont polach(widok niezły).
Ostanie 6 kilometrów do miejscowości Żarnowska jechaliśmy leśnymi duktami przez Słowiński Park Narodowy. To był jeden z najprzyjemniejszych fragmentów drogi, z dala od wiatru i samochodów(tylko my i furmanka leniwie ciągnięta przez konia).  Na szczęście szybko ja minęliśmy .
W samej wsi Żarnowska a dokładnie nad jeziorem Łebsko mogliśmy po raz pierwszy ujrzeć Łebskie wydmy. Widok był niesamowity. Wielkie jezioro a na jego drugim krańcu ciągnące się w górę wydmy. Niestety jezioro średnio nadawało się do kąpieli(całe było zamulone), więc ruszyliśmy prosto do Łeby, której sylwetka majaczyła już na horyzoncie.  

Wjazd do Łeby zakończył nasz ponad 40 km przejazd. Na zakończenie wykapaliśmy się w morzu i zjedliśmy smacznie w pobliskiej knajpie. Tutaj tez zapadła decyzja, że wracamy pociągiem.     

linki: - galeria - mapa -

Lębork - Łeba at EveryTrail
EveryTrail - Find hiking trails in California and beyond

wtorek, 7 czerwca 2011

Zdobywamy Malbork

Dosłownie do ostatniej minuty nie wiadomo było czy wycieczka dojdzie do skutku. Cały weekend niebo spowijały ciemne chmury, wiał wiatr a do tego według najświeższych prognoz w dzień wyjazdu miało padać. Słowem- nie był to najsposobniejszy dzień na wycieczkę. Ale nie takie rzeczy nam straszne. Podjęliśmy decyzje, że jedziemy i ruszyliśmy.
Pociąg Interregio z przedziałem na rowery ruszał z peronu w Gdyni Gł. o 8.50. Oczywiście jak się później okazało, przedział rowerowy różnił się od zwykłego tylko szerszymi drzwiami wejściowymi, więc i tak rowery trzymaliśmy pomiędzy siedzeniami. Do Pruszcza Gdańskiego dotarliśmy w ok. 30 min wypakowaliśmy rowery i rozpoczęliśmy właściwą część wycieczki.

Pierwszy odcinek drogi, aż do wsi Grabiny Zamek pozwolił nam szybko zrozumieć, czemu kraina ta nazywana jest „Małą Holandią”. Na całej trasie nie uświadczyliśmy żadnych wzniesień(Według przewodników większa część Żuław leży poniżej poziomu morza) a droga okazała się łatwa i spokojna. Aż po horyzont widać było malownicze przestrzenie my zaś jechaliśmy starą betonową drogą, wzdłuż jednego  z wielu kanałów przecinających tą krainę. Krótko mówiąc bajka. Na tym etapie wyprawy stwierdziliśmy, że takimi trasami można by było jeździć zawsze. Tutaj tez koleżanka Kasia narzuciła niezłe tempo, wiec ilekroć zwalnialiśmy w celu zrobienia zdjęcia trzeba było mocno cisnąć do przodu, aby ją dogonić.

Po dotarciu do wsi Grabiny Zamek, natrafiliśmy na pierwszy problem tak charakterystyczny dla tego rejonu. Okazało się, że naszą trasę przecina jeden z licznych tutaj kanałów a w okolicy nie widać przejścia. Z pomocą przyszedł oczywiście GPS, który okazał się bardzo przydatny podczas całej trasy. Nie mając dużego wyjścia ominęliśmy wieś szerokim łukiem i wróciliśmy na wyznaczoną trasę.

Na tym etapie wyprawy wszystkim dopisywał jeszcze humor. Ale to się szybko miało zmienić po przejechaniu wsi Trutnowy, gdzie chyba za bardzo zawierzyłem mapie z internetu.
Na polu kukurydzy
I zaczęło się. Czyli ostatnio dość charakterystyczne dla naszych wypraw odcinki specjalne dla osób poszukujących wrażeń. Pierwsze 200 metrów pokonaliśmy na przełaj przez polanę, tylko po to, aby dojechać do pola kukurydzy. GPS wskazywał, że musimy je przejechać i tak też zrobiliśmy. Po dotarciu na jego koniec okazało się, że trasa wiedze dalej, przez pole ziemniaków. Tu ziemia trochę bardziej nadawała się do jazdy(a w okolicy nie widać było właściciela), więc czym prędzej je przejechaliśmy i w końcu dotarliśmy do polnej drogi. Ledwie nastroje zdążyły się poprawić a tu okazało się, że po przejechaniu niecałych 100 metrów musimy skręcić w zarośniętą chaszczami drogę. No dobra, to już nie była droga, ale takie stwarzała pozory przez pierwsze 20 metrów. Potem było coraz gorzej i niektórym zamarzyła się maczeta pod choinkę. Trzeba było przebyć łącznie 1,5 km(częściowo prowadząc rower), aby w końcu dojechać do wsi Osice i dostać się na drogę asfaltową.
Ledwie wjechaliśmy na asfalt a na horyzoncie zamajaczyła sylwetka pierwszego domu podcieniowego, jaki udało nam się wypatrzeć. Z daleka robił naprawdę wspaniałe wrażenie(konstrukcja szkieletowa z drewna z charakterystycznym wielosłupowym podcieniem i wszystko w dobrym stanie). Po dojechaniu na miejsce okazało się, że to nowo postawiony budynek a na ścianie frontowej widnieje duża reklama firmy budowlanej. No cóż…

Po krótkiej przerwie w cieniu domu podcieniowego, ruszyliśmy w dalszą drogę do miejscowości Steblewo. Pierwsze historyczne wzmianki o miejscowości pochodzą z 1298 roku, więc czekało nas tu trochę atrakcji historycznych. Zwiedziliśmy więc m.in. ruiny kościoła gotyckiego z XIV wieku i w końcu mogliśmy zobaczyć prawdziwe Pommenonickie domy podcieniowe. Co ciekawe oba domy były zamieszkane i raczej nie dostępne dla turystów(pogoniła nas swora psów), więc zrobiliśmy kilka fotek i ruszyliśmy dalej.

Z Stablewa skierowaliśmy się do Tczewa. Niewątpliwą atrakcją była tu jazda wałami rzecznymi Wisły. Tutaj postanowiliśmy narzucić większe tempo, bo zamiast ubywać kilometrów ciągle nam ich przybywało( według licznika trasa wydłużyła się o 10 km). Do tego nad naszymi głowami zaczęły zbierać się coraz ciemniejsze chmury deszczowe. Do Tczewa dojechaliśmy o godzinie 13.00 po przejechaniu w sumie 40 km. Po krótkim odpoczynku przejechaliśmy przez zabytkowy most drogowy zbudowany w latach 1851–1857. Był on wówczas najdłuższym mostem w Europie. Most jest w dalszym ciągu używany i zrobił na nas niesamowite wrażenie(zdjęcie obok). Po jego przejechaniu i dotarciu na drugi brzeg Wisły, wyczerpały się baterie w moim urządzeniu GPS. Dlatego tak nalegałem, aby jechał z nami kolega Darek ;-), który miał(awaryjnie) swój własny GPS z wgraną trasą i mógł poprowadzić peleton dalej do celu. Dzięki Darek.

Odcinek pomiędzy Tczewem a Malborkiem pokonaliśmy głównie drogami asfaltowymi. Najgorsze było tu ostatnie 5 kilometrów przed Malborkiem, które musieliśmy przejechać ruchliwą drogą 22.

Na miejsce dojechaliśmy po godzinie 14.00. Pierwszą rzeczą, jaką zrobiliśmy wjeżdżając do centrum Malborka było znalezienie miejsca gdzie moglibyśmy zjeść jakiś obiad. Tutaj z pomocą przyszedł Szymon, który był tu jakiś czas temu i doradził nam knajpę w na przycumowanej do brzegu Nogatu barce. Pomysł okazał się dobry. Mieliśmy widok na sam Zamek a obiad okazał się naprawdę smaczny i niedrogi.

Z pełnymi brzuchami i dobrym humorem ruszyliśmy na zamek. Tutaj oczywiście nie mogło się obyć bez sesji zdjęciowej z murami i basztami w tle. Cały zamek robił naprawdę duże wrażenie. W końcu jest to jeden z największych zachowanych zespołów gotyckiej architektury na świecie. Jednogłośnie podarowaliśmy sobie zwiedzanie jego od środka(podobno potrzeba na to 3 godzin). Tutaj stwierdziliśmy również, że nie wracamy rowerami do Tczewa (skąd mieli byśmy pociąg powrotny) a kończymy naszą wyprawę i wracamy pociągiem bezpośrednio z Malborka. To dało nam więcej czasu na zapoznanie się z historią samego zamku i na odpoczynek w cieniu murów.

Tak kończy się kolejna z naszych wypraw.
Nie będą się tu rozpisywał o historii zamku, ale chętnych do jej poznania odsyłam do niżej podanego linku.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Zamek_w_Malborku

linki: - galeria - mapa -

Pruszcz Gdański - Malbork at EveryTrail
EveryTrail - Find the best hikes in California and beyond

poniedziałek, 23 maja 2011

Śladami gdańskich wolnomularzy

Wyglądało na to, że tego dnia wszystko sprzysięgło się przeciwko nam a jakieś nieznane siły rządzące światem nie chciały dopuścić nas do swoich tajemnic i... zesłały na Wybrzeże ulewę, sypnęły piachem w rowerowe zębatki i dały solidnie błotem po oczach. A propos, odkryłem (!) fajny (!) sposób dla śpieszących się, spragnionych rowerzystów: otóż przednie koło bez błotnika, jadąc po kałużach wyrzuca wodę do góry niczym fontanna - odpowiedni ruch głową do przodu wraz z wysunięciem otwartej jamy gębowej wypełnia po brzegi buzię taką "deszczówką"...
No, ale dosyć tych teorii spiskowych (wystarczająco dużo ich dookoła) i przejdźmy do rzeczy. Ta wyprawa była dla nas świetną zabawą, trochę jak z powieści Bahdaja czy Nienackiego próbą odkrywania tego co nieznane i niewidoczne dla innych "niewtajemniczonych" (profanów jakby zapewne rzekł wolnomularz).
Początki działalności masonów w Gdańsku sięgają XVIII wieku. Do 20 lóż należało ok. 2% mieszkańców miasta (5 tyś. osób). Zasiadali w nich urzędnicy, politycy, przedstawiciele finansjery i wojska. Wraz z nadejściem nazistowskiego totalitaryzmu, na mocy decyzji administracyjnych oficjalnie zakazano działalności wolnomularzom. Pytanie, czy loże funkcjonują obecnie w Gdańsku pozostaje otwarte...
Sami masoni określają siebie jako ludzi miłujących prawdę, piękno i dobro, za cel stawiają sobie humanistyczne doskonalenie jednostki i społeczeństw. Wierzą, że praca jest podstawową powinnością człowieka. Organizują się w loże, posługują się bogatą symboliką, obrzędowością i systemem wtajemniczeń, tzw. rytów. Masoneria jest różnorodna, istnieje wiele jej odłamów i struktur wewnętrznych (tzw. obediencji). W świadomości społecznej funkcjonuje jako organizacja tajna (sami członkowie bractw jednak temu zaprzeczają), wręcz złowieszcza, z tego powodów narosło wokół niej wiele kontrowersji i niechęci, przypisywano jej niejednokrotnie zakulisowe działania i wpływanie w ten sposób na losy świata. Brało się to zapewne również stąd, iż wielu "wielkich" w historii zasiadało w lożach, wyznając filozofię wolnomularską, np. Mozart, Monteskiusz, Voltaire, Goethe, Washington, Mickiewicz, Fredro, Narutowicz, na przestrzeni dziejów masonami byli (i są) królowie, prezydenci, pisarze, malarze czy aktorzy.
Poszukiwanie wolnomularskich znaków rozpoczęliśmy od ul. Sobótki 15 we Wrzeszczu: wysoko, pod lasem popada w ruinę dawna siedziba lóż "Zur Kette an der Weichsel” i „Zum Drei Säule” działających na przełomie lat 20 i 30 XX wieku. Teren jest ochraniany o czym miałem okazję przekonać się próbując tam z aparatem wytropić jakąś wielką tajemnicę. Starszy pan w uniformie i jego wierny pies byli jednak na tyle mili, że oszczędzili mi pobytu na pobliskiej komendzie (dzięki!). Wspomnę tylko, że budynek, częściowo skryty za drzewami robi bardzo enigmatyczne wrażenie...
Następnie ruszyliśmy na teren Politechniki Gdańskiej: to prawdziwe skupisko masońskiej symboliki, począwszy od cyrkli na budynku głównego gmachu, po wmurowane kompasy, kielnie i pszczoły. Potem była ulica Własna Strzecha 15a, obecnie budynek PG a dawniej siedziba loży „Zum siegenden Licht” w latach 1921-1933 i na rogu Al. Zwycięstwa i Tuwima dom z narożnym zdobieniem i masońskim cyrklem pośrodku. Na Ogarnej 27 odwiedziliśmy dawną siedzibę loży „Gedania Loge nr 3 der Prowinz Westpreussen”(1899-1916) i niedaleko od tego miejsca siedzibę loży "Zur Kette an der Weichsel" przy ulicy Chlebnickiej 16 (obecnie Dom Studencki ASP). Z kolei w okolicach ulicy Nowe Ogrody mieściła się niegdyś siedziba loży "Eugenia" (w 2008 natrafiono na jej fragmenty podczas prowadzenia prac budowlanych). Prawdziwą perełkę zostawiliśmy sobie jednak na koniec: dość pokaźne malowidła w bramie kamienicy na ul. Ułańskiej 11, a na nich cedr libański (wg masonów symbol wieczności), słońce, cyrkiel i zapewne inne niedostrzeżone okiem profana symbole.
Wycieczkę polecamy nie tylko tym, którzy wierzą, że masoni rządzą światem i chcą się w tym utwierdzić, ale przede wszystkim odkrywcom tajemnic bogatej historii Gdańska.
Po opisanych powyżej doświadczeniach sam przyłapuję się na tym, że każdy ornament oglądam teraz ze wszystkich możliwych stron doszukując się w nim alegorii czy ukrytych znaków - zajęcie fascynujące.

Podczas pisania powyższej relacji korzystałem m.in. z informacji dostępnych na stronach:
www.dawneloze.blogspot.com
www.wolnomularstwo.pl

linki: -Galeria-


Trasa rowerowa 993555 - powered by Bikemap 

wtorek, 3 maja 2011

Szlakiem zwiniętych torów


Dobra pogoda, 7 rowerów, 70 przejechanych kilometrów, 2 złapane gumy, kilka morderczych przejazdów . Tak w największym skrócie można podsumować naszą wyprawę rowerową.

Łyk historii.
28 lipca 1909 parlament pruski uchwalił ustawę o wybudowaniu linii kolejowej z Gdańska Wrzeszcza do Starej Piły, przez Gdańsk Brętowo, Kiełpinek, Kokoszki i Leźno o długości 19,52 km. Poprzez planowany odcinek Czersk – Bąk – Stara Kiszewa – Przywidz – Stara Piła linia miała być fragmentem magistrali stanowiącej najkrótsze połączenie Gdańska z Berlinem, o długości około 500 km.
Elementy trasy linii wykorzystywane są dziś jako ścieżka rowerowa, w obrębie Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego.

Jeśli szybka jazda rowerem po wyboistych i krętych torach jest tym, czego ci potrzeba, to dokonałeś właściwego wyboru. To fragment ogłoszenie który pasuje jak ulał do opisu naszego wypadu. Pierwsze 5 min jazdy wystarczyło, aby każdy zrozumiał jak będzie wyglądać trasa przejazdu. W zasadzie wiodła ona dosłownie torami lub wzdłuż torów. Była na tyle wyboista, że po przejechaniu pierwszych 100 metrów jeden z uczestników zdążył zgubił licznik do roweru. Najgorzej miały tu osoby z pedałami SPD, które kilka razy zaliczyły efektowne gleby. Sam przejazd przez Gdańsk wymagał od nas kilku stromych zjazdów i podjazdów z korony nasypu kolejowego z powodu zburzonych wiaduktów nad przecinającymi go ulicami(a było ich kilka). Pozostały po nich już tylko filary podporowe. Jednak to nie pozbawiło nas dobrych nastrojów.
Dalszy odcinek szlaku do przecinającej go ul. Franciszka Rakoczego, był dość przyjemny. Po drodze można było oglądać stare wiadukty, zachowane w dość dobrym stanie.
Minąwszy Brętowo skierowaliśmy się nad dawny poligon wojskowy, gdzie zrobiliśmy pierwszą dłuższą przerwę. Droga ponownie dostarczyła nam wrażeń. Tym razem w postaci stojącej na niej wody, dużej ilości błota i małego strumyka przecinającego ją wzdłuż.
Po minięciu budynków starej stacji Kiełpinek, dotarliśmy do Kokoszek i tu zaczęło się najlepsze. 3,5 kilometra jazdy rowerem po starych torach, a dokładnie po zniszczonych podkładach i tłuczniu porfirowanym(Charakterystyką tłucznia jest to, że jego kamyki mają ostre krawędzie). Na efekty więc nie trzeba było długo czekać. Po dojechaniu do starego przystanku Leźno i zjechaniu z torów, kolega Darek stwierdził że ma przebitą oponę.
Łatanie dętki zajęło na tyle dużo czasu, że można było się trochę odprężyć na trawie i skorzystać z pobliskich atrakcji w postaci m.in. starej drewnianej huśtawki własnej roboty(działała).

Po tym postoju nie trzeba było nikogo namawiać na pokonanie dalszego odcinka trasy drogami wzdłuż torów. Po przejechaniu mniej więcej dwóch kilometrów, okazało się że z przedniej opony roweru Darka znów ucieka powietrze. I w ten oto sposób mieliśmy kolejny wymuszony postój. Wymiana opony dostarczyła nam niezłych wrażeń, okazało się bowiem że wyposażeniu 7 osób znajdowała się tylko jedna zapasowa dętka i ostatnia łatka. Do tego zrobiło się zimno i część z nas(jeśli nie większość) z braku ruchu zaczęła mocno marznąć. Tak więc koledzy Miłosz, Darek i Mateusz zabrali się do wymiany dętki na nową. Trwała to dobre 30 min. Najpierw okazało się że nie da się jej napompować żadną z posiadanych pompek bo nowa dętka też jest przebita. Następnie sprawne oko Kasi wypatrzyło drugą( i oby ostatnią) dziurę w starej dętce, oraz mały kolec w pechowej oponie. Po założeniu ostatniej łatki i z nadzieją że już więcej żadnych problemów nas nie spotka ruszyliśmy w dalszą drogę.

Odcinek z Niestępowa do Lniska pokonaliśmy wzdłuż rzeki Raduni. Z mojej strony mogę stanowczo odradzić ten wariant drogi. W zasadzie to prędkość jego pokonywania była tak oszałamiająco wysoka, że na to samo by zapewne wyszło prowadząc rower. W połowie drogi padały nawet propozycje pokonania rzeki wpław, z nadzieją że na drugiej stronie jest lepiej. Był nawet odważny pomysł przejścia z rowerem po złamanej na pół i częściowo zatopionej kładce. Jednak moim faworytem był wariant przejechania po dnie rzeki z słomkami w ustach. Ale podarowaliśmy sobie to i jakoś dotarliśmy do Lniska.
Na tym etapie wycieczki, zaczął się powolny powrót. Udaliśmy się głównymi drogami przez Czaple i Rębiechowo a stamtąd do Chwaszczyna, gdzie zakończyła się nasza przygoda. Po drodze(chyba w miejscowości Czaple) zrobiliśmy mały postój, aby coś przekąsić, dochodziła bowiem godzina 16:00 a nie którzy z nas niewiele jedzenia zabrali na drogę. Pożegnanie nastąpiło w miejscowości Chwaszczyno. Małe przegrupowanie i trzy podgrupy ruszyły w trzech różnych kierunkach.

Na zakończenie

Ciężko mówić tu o przejechanym dystansie. Sama trasa wycieczki z Gd.Wrzeszcza do Chwaszczyna miała długość ok.35 km. Jednak większość z nas dojeżdżała na miejsce spotkania z pod dworca SKM Gdynia Redłowo no i wszyscy musieli jeszcze wrócić do domu z Chwaszczyna. U mnie licznik np. pokazał, że łącznie przejechałem 71 km.
Było fajnie, chociaż pod koniec zimno jak sto diabli.

Linki: - Mapa - Galeria -


Szlakiem zwiniętych torów (Gdańsk-StaraPiła) at EveryTrail
EveryTrail - Find trail maps for California and beyond

niedziela, 24 kwietnia 2011

Cmentarze drzew na Szlaku Źródła Marii

Niektórym z Was tytuł tego posta może wydać się nieco wydumany i (pseudo)poetycki, ale wyprawa Szlakiem Źródła Marii w jego leśnej części przypominała podążanie za tornadem rodem z Karoliny Północnej. Szlak o długości 10,5 km, bierze swój początek w Osowej i biegnie do Wielkiego Kacka, ja zaś, ze względu na bardzo ograniczoną ilość wolnego czasu i późną porę wyprawy, zaatakowałem go właśnie od końca, tj. od ul. Chwaszczyńskiej w Gdyni. Moim celem było Jezioro Wysockie, ot taki rekonesans przed sezonem pod kątem ewentualnych letnich kąpieli. Czarny szlak Źródła Marii nazwałbym raczej nizinnym i urozmaiconym: trochę błądzenia w dzielnicach willowych, przejazd nad obwodnicą, bardzo przyjemny dla oka odcinek leśny (Końskie Łąki), stary wiadukt i pozostałości dawnej linii kolejowej, no i jeziora. W lesie bałagan jakiego moje oczy chyba jeszcze nie widziały i częste przeskakiwanie z rowerem pod pachą przez leżące pieńki, ponadto stosy liści i gałęzi pałających do moich szprych jakimś niewyobrażalnie wściekłym, ale nieodwzajemnionym uczuciem. Samo Jezioro Wysockie okazało się małym rozczarowaniem, choć może wynikało to z ograniczeń czasowych jakie miałem i braku możliwości objechania całego akwenu dookoła. Otóż zachodni brzeg jeziora usiany jest domkami letniskowym i trudno się przebić nad wodę, a gdy się to już uda, uważaj drogi turysto-rowerzysto na tony śmieci walające się pod twoimi butami !
Mnie ukazał się ten przykry widok, choć udało mi się znaleźć niewielki zielony kwadrat na strzelenie pamiątkowej foty ("życzliwy" napisałby w komentarzu: "lanserskiej, bo bez kasku").
Pozostaje nadzieja, że druga strona jeziora zapowiada się ciekawiej. Być może będzie okazja, żeby się o tym przekonać latem i, daj Boże, zażyć wtedy orzeźwiającej kąpieli.

Galeria

niedziela, 17 kwietnia 2011

MTB Bike Tour Gdańsk 2011


  

W sobotę 16 kwietnia 2011r odbył się MTB Bike Tour Gdańsk. Była to już kolejna edycja tego coraz bardziej cieszącego się renomą wyścigu. Trasa wyścigu zlokalizowana została na terenie Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego przy ul.Abrahama. Wśród znanych regionalnych klubów nie mogło zabraknąć zawodników, którzy, na co dzień jeżdżą bardziej turystycznie( czyli nas).

Decyzja podjęta została na dzień przed zawodami. Z początku sezonu zamierzaliśmy(tak jak i w ubiegłym roku) wystąpić w VIII Leśnym Marotanie Rowerowym w Wejherowie, który ma miejsce w połowie maja, ale postanowiliśmy się też sprawdzić tutaj. Zebrały się nas więc trzy osoby i ruszyliśmy do Gdańska.

Wyścigi zostały podzielone na kilka kategorii. My wybraliśmy najcięższą, czyli Elite (open). W sumie do przejechania było 7 okrążeń na łącznym dystansie 24500m. Pobraliśmy więc chipy oraz numery startowe i czekaliśmy na start naszej kategorii.  

Na godzinę przed startem organizator poinformował nas o skróceniu trasy do 5 okrążeń. Przyjęliśmy to z uśmiechem na twarzy, bo dystans stał się śmiesznie krótki. Uznaliśmy, więc, że przejechanie trasy będzie dziecinnie proste. I tu się pomyliliśmy.

Już pierwszy odcinek trasy miał charakter naprawdę górski, a dalej nie było wcale lepiej. Trasa dała zawodnikom naprawdę w kość. Był to dobry sprawdzian dla kondycji startujących jak też dla ich sprzętu. Nawet ci bardziej doświadczeni niejednokrotnie zsiadali z rowerów, aby je prowadzić pod górkę. Nie obeszło się też bez niebezpiecznych wypadków.

Kolega Miłosz walczył do końca i całkiem nieźle mu szło. Ja w połowie wyścigu zrozumiałem, że z formą u mnie słabo i dużym osiągnięciem będzie jak dojadę do mety w sensownym czasie(i na tym się skupiłem). Krzysiek(mój imiennik) za to odpadł na pierwszym kółku podczas wypadku jednego z zawodników jadących przed nim. Został aby mu pomóc.

Dekoracja zwycięzców oraz losowanie nagród odbyło się na Międzynarodowych Targach w Gdańsku o godz. 16.00.  Tak więc prosto z wyścigu trzeba było pędzić na Targi. Po całej ceremonii idąc dalej za ciosem ruszyliśmy rowerami z powrotem do Gdyni. Tak wiec tendencja wzdłużania wypraw ciągle się utrzymuje.